Nawiedzony dom na wzgórzu – recenzja serialu – Dom niepoczytalny

Czy zdarzyło się Wam kiedyś, podczas oglądania horroru, że walczyliście sami ze sobą? Ostatnio wzięłam udział w przedziwnym pojedynku. Gdy jedna dłoń podnosiła się na wysokość oczu, aby je zakryć i uchronić mnie przed zobaczeniem czegoś strasznego, druga natychmiast za nią chwytała i ciągnęła w przeciwnym kierunku, nie pozwalając oku uronić choćby jednego kadru. Senność stawała w szranki z podekscytowaniem, a lęk z zauroczeniem. Moje ciśnienie urządzało sobie przy tym bieg przez płotki, podskakując co jakiś czas, by na moment opaść. W ten osobliwy stan wprawiła mnie luźna adaptacja powieści Shirley Jackson. Nawiedzony dom na wzgórzu w najnowszym, serialowym wydaniu całkowicie zawładnął moim umysłem. I przyznam, że nie było to przyjemne. Nadal nie jest…

Przemeblowanie

Tak, jak wyżej wspomniałam, dzieło Mike’a Flanagana nie przenosi wydarzeń z książkowego pierwowzoru w skali 1:1. Bohaterowie mają inne imiona (z nielicznymi wyjątkami) i wszyscy należą do jednej rodziny, dotkniętej bolesną przeszłością. W serialu śledzimy tragiczne losy rodu Crainów zamieszkujących niegdyś dom owiany złą sławą. Obserwujemy wydarzenia z dzieciństwa Stevena, Shirley, Theo, Luke’a i Nell, a także z ich teraźniejszości. Po latach zmagań z traumatycznymi doświadczeniami, wobec samobójstwa najmłodszej spośród rodzeństwa, członkowie familii muszą zjednoczyć się i rozliczyć z widmami (metaforycznymi i tymi dosłownymi) rujnującymi ich życie. Dodam, że każdy z bohaterów wybrał sobie inny sposób na uśmierzenie bólu i prowizoryczne opatrzenie ran. Steven dużo podróżuje, pisząc o nawiedzonych domach i poszukując racjonalnych wytłumaczeń zdarzeń, które trudno pojąć. Przy okazji oddala się od swoich najbliższych. Shirley wraz z mężem „naprawia” nieboszczyków i urządza im pogrzeby marzeń. Theodora za dnia jest doktorem psychologii i diagnozuje trudne przypadki, a w nocy imprezuje i szuka kolejnych partnerek do szybkich numerków bez rozmawiania i przytulania po wszystkim. Luke koi swoje lęki niezawodną heroiną, z kolei Nell próbuje wygrać z koszmarnymi snami. Jej walka okazuje się jednak z góry przegrana, podobnie jak pozostałych Crainów.

nawiedzony dom na wzgórzu recenzja
Źródło: Bustle

Przed laty Hill House widział (tak, widział), jak zginęła Olivia, matka pięciorga rodzeństwa i żona Hugh – głowy rodziny. Później obserwował śmierć Nell. Okropna, niedopowiedziana historia, a wraz z nią groza, powraca ze zdwojoną siłą i domaga się reakcji. Bohaterowie nie wiedzą, co właściwie wydarzyło się w rzekomo nawiedzonym domu, który ich rodzice postanowili odnowić i sprzedać. Nie znają przyczyny ani szczegółów śmierci matki. Czy widzom będzie dane dowiedzieć się czegoś więcej? Na szczęście tak, ale trzeba patrzeć i słuchać uważnie, gdy twórcy odkrywają kawałek po kawałku genezę upadku rodu Crainów, przeplatając wydarzenia z różnych okresów i misternie rozwijając swój pomysł.

Zmiana dekoracji

Serial Nawiedzony dom na wzgórzu jest dziełem niezwykle spójnym pod względem narracyjnym i wizualnym. Wszystkie zdarzenia w fabule, również te irracjonalne, zostały uporządkowane i sensownie uargumentowane. Mimo że Mike Flanagan nierzadko decydował się na odejście od klasycznej powieści Shirley Jackson, umiejętnie przemycał smaczki rozpoznawalne dla czytelników zaznajomionych z treścią książki, na przykład słynny gwiezdny kubeczek. Bohaterowie serialu noszą cechy postaci z kart literackiego horroru wszechczasów (bo tak Nawiedzony dom na wzgórzu bywa określany). Twórca telewizyjnej produkcji obdzielił nimi niemal wszystkich członków rodziny Crainów, układając je w dość nieoczywistych konfiguracjach. Pozostał przy tym wierny wymowie ideowej dzieła Jackson. Jego interpretacja w zasadzie pokrywa się z przesłaniem powieści, co niezmiernie mi się spodobało. Flanagan nie zrobił książce Jackson krzywdy. Co innego z moimi rozchwianymi emocjami.

nawiedzony dom na wzgórzu recenzja
Źródło: Netflix

Po seansie podzielonym na dwie partie po 5 odcinków zaliczyłam trzy niemal nieprzespane noce. Czy bałam się duchów? Nie wiem. Przytłoczył mnie raczej ogrom cierpienia, jaki spadł na bohaterów. Przez długie godziny żyłam ich odczuciami, doświadczeniami. Bólem, lękiem, strachem i osamotnieniem. Nawiedzony dom na wzgórzu nie jest łatwy w odbiorze. W dodatku zapuszcza swoje macki w różne obszary psychiki, w tym za zamknięte drzwi skrywające wspomnienia. Czy wobec tego serialu można pozostać obojętnym? Wątpię. Chyba że widz jest martwy w środku.

Organizm, szaleniec, lustro czy zamrażarka?

Nie rozumiem jednej sprawy. Jakim cudem Crainowie zdecydowali się pozostać w Hill House na noc (i to niejedną)? Z tym domem od zawsze było coś nie tak (o czym dowiadujemy się już w prologu). Wypełniają go pamiątki po martwych ludziach. Słychać w nim dziwne dźwięki. Wygląda jak wyrwany z powieści gotyckiej. A te okropne schody? Rzeźby? Drzwi, których nie da się otworzyć? Czy oni od początku byli szaleni? Rodzinka próbowała oswoić domostwo swoją newage’ową paplaniną, nowoczesnymi metodami wychowawczymi, racjonalnym podejściem, ale też dużą dawką miłości, troski i oddania. Niestety bohaterowie mieli do czynienia ze Złym miejscem, które ich zawłaszczyło, omamiło i wykorzystało. Koniec końców Hill House spoił rodzinne więzi, ale najpierw je brutalnie rozszarpał. Dom na wzgórzu nawiedza przeszłość. Niestety wyciąga ona szponiaste dłonie również w teraźniejszość. Otwiera ledwo zasklepione rany. Istnieje więcej miejsc takich jak Hill House. Mam nadzieję, że nie mieszkaliście w jednym z nich.

nawiedzony dom na wzgórzu recenzja
Źródło: Netflix

Dom, w którym na chwilę (lub na wieczność) pozostali Crainowie, zna wiele sztuczek. Potrafi wydobyć najgłębiej skrywane lęki i wzbudzić zupełnie nowe. Czasem zamienia się w zwierciadło ukazujące słabości albo zniekształcające to, co dobre i warte ocalenia. Zdarza się, że zamraża momenty – upiorne i piękne. Wszystkie te nadprzyrodzone zdolności, które mogą nieźle namieszać w głowie, perfekcyjnie oddano w serialu. Niemałą rolę odegrały w tym naprawdę dobre efekty specjalne. A jeśli chodzi o straszenie nagłym pojawieniem się obrazu czy dźwięku, od którego wszystkie włosy stają dęba, a serce niebezpiecznie przemieszcza się w okolice przełyku, Nawiedzony dom na wzgórzu wypada znakomicie. Obejrzałam już tyle horrorów i thrillerów… wiedziałam, że tam coś zaraz wyskoczy (ale nie zawsze!)… a i tak wlepiałam oczy w ekran i sączyłam każde wypowiedziane słowo, żeby nie stracić istotnych szczegółów. Obyło się bez wrzasków. Ale nie bez przeoranej psychiki. Wszyscy aktorzy wypadli porażająco wiarygodnie, dlatego szybko zaczęłam odczuwać to, co wykreowane przez nich postaci, żyć ich sukcesami, porażkami, marzeniami i koszmarami. Kiedy się obudzę? Może po solidnej dawce zdjęć szczeniaczków? Na pewno nie chcę wybudzać się jak Olivia. Brrr. Wciąż mam ciarki. To chyba świadczy o jakości serialu, prawda?

nawiedzony dom na wzgórzu recenzja
Źródło: Netflix

Nawiedzony dom na wzgórzu wrzucił mnie do pralki i ustawił program na najwyższe obroty. Czuję się wstrząśnięta, zmieszana, zawirowana, ale też w pełni usatysfakcjonowana. Starałam się podejść do nowości udostępnionej na Netfiksie bez oczekiwań. Nie udało się. Chciałam, żeby okazał się rewelacyjny. Naprawdę nie lubię marnować weekendów na oglądanie byle czego. No chyba że akurat mam ochotę na miernotę (wybaczcie słaby rym i słaby żart). Tym bardziej poruszyło mnie to, że do serialu Mike’a Flanagana w zasadzie nie potrafię się przyczepić. W jaki sposób wytknąć mu błędy, gdy widzę same zalety? Po seansie jestem rozbita i nie wiem, kiedy się pozbieram. When will I fix myself, jak by powiedział któryś z Crainów. Czy mi z tym źle? Nie. Cieszę się, że zobaczyłam tę hybrydę horroru i dramatu psychologicznego. Czy polecam ją Wam? Tak. Pamiętajcie: oglądacie wyłącznie na własną odpowiedzialność.

Dodaj komentarz

avatar