The Romanoffs – recenzja serialu – Przebłyski nie wystarczą, by cię olśnić

Pewnie każdy z Was przynajmniej raz, oglądając seriale, trafił na swoisty nieoszlifowany diament – produkcję mającą pewne niedoskonałości techniczne i niegrzeszącą budżetem, ale za to mogącą się pochwalić intrygującą fabułą pełną barwnych postaci. Cóż, w przypadku The Romanoffs sytuacja jest wprost odwrotna.

Kiedy własny sukces jest przeszkodą…

Nie da się ukryć, że nowa produkcja Amazon Prime Video budziła wysokie oczekiwania. Odpowiada za nią przecież Matthew Weiner, twórca obsypanego nagrodami i cieszącego się uznaniem widzów Mad Men. Sama idea opowiedzenia historii o rzekomych potomkach rosyjskiej dynastii Romanowów również wydawała się obiecująca. Zdecydowano się jednak na stworzenie antologii, co w tym wypadku było chyba najtrudniejszym możliwym formatem. Taki motyw przewodni ma potencjał, by stworzyć tło dobrej opowieści, ale schody pojawiają się, kiedy jest ich aż osiem, a każda powinna w jakiś sposób wykorzystać carskie pochodzenie bohaterów nie tylko jako przymusowy łącznik całości, ale i atut nadający oryginalnego charakteru. Sprawy zdecydowanie nie ułatwia fakt, że każdy odcinek to de facto pełnometrażowy film  liczący od 70 do 90 minut długości. I nie działa to na korzyść serialu. Zabrakło kreatywności, a większość epizodów razi przeciętnością, dłużąc się niemiłosiernie.

The Romanoffs
Źródło: Amazon Studios

Strzeż się nudy

Oglądając The Romanoffs, widz częstowany jest zestawem schematów przemielonych przez dzieła kultury na wszystkie możliwe sposoby. Sezon otwiera paryska pocztówka skupiająca się na historii bogatej, ale pełnej uprzedzeń emerytki, będącej utrapieniem dla rodziny. Klucz odcinka stanowi rozwój jej relacji z muzułmańską opiekunką, na której towarzystwo zostaje niejako skazana. No bo oczywiście stereotypowo starsza osoba musi uważać wszystkich wyznawców islamu za potencjalnych terrorystów, a scenarzyści najwyraźniej uznali za bardzo odkrywcze ukazanie, że jednak nie. Dalej jest tylko „lepiej” i mamy tłumiony przez lata konflikt matki i córki, których pogląd na życie nagle okazuje się zupełnie sprzeczny. Z kolei Bright and High Circle mógłby wywołać spore zamieszanie, gdyby nie kiepski scenariusz. Próbuje zwrócić uwagę jak niebezpieczne i krzywdzące może być niesłuszne zarzucanie molestowania seksualnego. Temat jest jak najbardziej istotny i zasługuje na poruszenie, ale przez powierzchowne wykonanie można odnieść wrażenie, że mamy tu skleconą na szybko autoobronę Weinera. Na twórcy przecież ciążą podobne oskarżenia. Nawet gdy pojawiają się wokół bohatera pewne poważne przesłanki mogące świadczyć o winie, zostają one błyskawicznie zbywane, bo przecież jest wybitnym nauczycielem, mającym świetny kontakt z dziećmi.

The Romanoffs
Źródło: Amazon Studios

Kulminację nijakości stanowi jednak osadzona w Mexico City Panorama. Najmniej charyzmatyczny dziennikarz śledczy, jakiego możecie sobie wyobrazić, walczy ze złą korporacją, wdając się do tego w zupełnie bezpłciowy romans z zatroskaną matką. Na tym etapie naprawdę zmuszałem się do oglądania i najchętniej bym porzucił serial. Jak się okazuje, nie do końca słusznie…

Jest i promyk nadziei?

Ku mojemu zaskoczeniu, dwa ostatnie odcinki The Romanoffs okazują się  tymi najlepszymi (czytaj: dobrymi). Epizod poświęcony małżeństwu udającemu się do Rosji w celu adopcji dziecka robi naprawdę solidne wrażenie. Mimo pewnej przewidywalności dałem się kupić licznym zwrotom akcji, a nie sposób nie docenić, jak sportretowana została tamtejsza specyficzna rzeczywistość. Zresztą odnośnie do całej serii możemy stwierdzić, że wypada ona najlepiej, kiedy uderza w dziwne tony. Tak dzieje się w finałowym odcinku mogącym się pochwalić wielopoziomową narracją, ciekawymi wątkami i pokręconym zwieńczeniem. Siłą części, nawet tych gorszych historii, okazują się  właśnie zakończenia – przewrotne i niespodziewane. W pewien sposób wręcz motywowały do kolejnych, cotygodniowych seansów. Dzięki tej dziwności House of Special Purpose mimo drętwych dialogów, intryguje kulisami pracy nad kostiumowym miniserialem, wydającym się  naznaczonym klątwą. Uczciwie nie nazwałbym przedstawionej tam fabuły dobrą, jednak przypadła mi do gustu przez szokujące momenty.

The Romanoffs
Źródło: Amazon Studios

Zawód, ale z klasą

Choć pod względem scenariusza i reżyserii produkcja oscyluje między srogą przeciętnością a miejscami całkiem solidną jakością, na pewno nie można jej odmówić, że została dobrze opakowana. Według wizji twórcy The Romanoffs miało być bowiem serialem klasy premium, toteż może się pochwalić imponującym budżetem rzędu 80 milionów dolarów. Naprawdę to widać, zwłaszcza w bardzo dopracowanej scenografii i ładnych ujęciach. Często nie sposób nie odnieść wrażenia, że od zaprezentowanych opowieści dużo ciekawsze są sposoby ich podania. Innymi słowy, zespół techniczny musiał zostać lepiej wybrany niż ekipa scenarzystów. Zresztą w dzisiejszych czasach doszliśmy chyba do punktu, w którym większość nawet mniej udanych seriali przynajmniej dobrze brzmi i wygląda.

Pochwalić można również wręcz imponującą obsadę znaną w sporej części z Med Men i innych dużych produkcji. Na liście płac znajdzie się choćby Christina Hendricks, John Slattery, Corey Stoll, Aaron Eckhart czy Janet Montgomery. Również mniej rozpoznawalne nazwiska wypadły bardzo dobrze. Jednakże, wbrew pozorom nie cieszy mnie to. Jeszcze cięższe do przetrawienia okazuje się zmarnowanie  dużych talentów aktorskich poprzez tak słabe nakreślenie postaci.

The Romanoffs
Źródło: Amazon Studios

The Romanoffs budziło duże oczekiwania i miało potencjał, by zostać jednym z lepszych seriali tego roku. Zamiast tego otrzymaliśmy całkiem urodziwą, jednak nudną wydmuszkę. Nie widzę powodu, by nawet najwięksi fani twórczości Matthew Weinera mieli zapoznać z całością. Na szczęście przybrany format nie każe tego robić i można spokojnie, z ciekawości zapoznać się z najlepszymi, dwoma ostatnimi odcinkami. Po czym ewentualnie sięgnąć na pociesznie po dziwaczne House of Special Purpose. Mam nadzieję, że Amazon Studios  pochyli się nad chłodnym przyjęciem produkcji przez prasę i widzów. Dotychczas pozycje przez nich wypuszczane cechowały naprawdę wysoką jakością i chciałbym, by The Romanoffs okazało się jednostkową wpadką. Ewentualny drugi sezon koniecznie musiałby pociągnąć ze sobą zmiany w tworzącej go ekipie. Jak najbardziej kibicuję, by takowy powstał, bo drzemiąca w serii błyskotliwość zasługuje na pełne rozwinięcie skrzydeł.

 

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.