„Grisse” – recenzja 1. sezonu – Guilty Pleasure z Dalekiego Wschodu

Siłę HBO od lat stanowią wysokiej jakości produkcje regionalnych oddziałów, okazujące się miłą odskocznią od zachodnich schematów, czego świetnym przykładem były ostatnio rodzime „Ślepnąc od świateł” czy włoska „Gomorra”. Jak na tle tych pozycji prezentuje się nowa propozycja HBO Asia? Cóż, na pewno jest inaczej…

Śladami przeszłości?

Filmy i seriale osadzone w realiach historycznych mają u mnie pewną taryfę ulgową. Przecież nawet gdy dany tytuł okazuje się kryć kolejną, nieporywającą historię trącącą przeciętnością, może przecież zostać doceniony za ciekawy setting i odtworzenie specyfiki epoki. Z takim właśnie nastawieniem podszedłem do Grisse – pierwszej anglojęzycznej produkcji HBO Asia. Wprawdzie zwiastun sugerował niezbyt odkrywczy scenariusz, ale skusiła mnie obietnica wycieczki w głąb kolonialnych Indii XIX wieku. W końcu nie jest to rejon zbyt często eksploatowany przez serialowe medium.

Grisse
Źródło: HBO

Moje przypuszczenia się sprawdziły, ale tylko częściowo. Akcja została osadzona w tytułowym, fikcyjnym miasteczku i skupia się na wielokulturowej grupie buntowników, którzy postanowili postawić się prześladującym tamtejszą ludność Holendrom. Sam schemat wydarzeń wyraźnie podąża ścieżkami utrwalonymi przez dziesiątki jak nie setki produkcji. Prosta kobieta staje na czele rebelii, nie będąc jednak pewna swych zdolności przywódczych, a ludzie, zamiast się jednoczyć, dzielą się na rywalizujące o wpływy frakcje. Ponadto, nagle pojawiają się tajemniczy sojusznicy, z nie do końca jasnymi intencjami. Cóż, ciężko o mniej odkrywczą fabułę. Nie znaczy to jednak, że odpowiednio zagrana i wypełniona dobrze napisanymi dialogami nie mogłaby trzymać widza w napięciu. Tak się niestety nie dzieje, co nie znaczy, że Grisse należy spisać na straty.

Grisse
Źródło: HBO

W oparach absurdu

Serial z powodzeniem dostarcza sporo rozrywki. Nieliczne materiały promocyjne sugerowały tytuł zrobiony „na serio”. Tymczasem twórcy zaserwowali twór naprawdę zabawny, będący przy tym pastiszem kilku gatunków. Czego tu nie ma?! Mimo osadzenia akcji w Indiach miasteczko wygląda niczym wyjęte z rasowego westernu, a i rewolwerowców nie brak. Co nie znaczy, że zabrakło miejsca choćby dla samurajów i ninja, a także sułtana rodem ze Wspaniałego stulecia. Porównanie to jest jak najbardziej na miejscu, bo niemal wszyscy bohaterowie Grisse, zostali przerysowani do granic możliwości. Postaci, nawet jeśli bazujące, na archetypach, dają się lubić i zapamiętać, gdyż każda jest pełna swoich osobistych dziwactw. Najlepsi natomiast okazują się  wręcz komiksowo demoniczni złoczyńcy, których nie da się traktować poważnie.


Niestety kontrastuje z tym główna bohaterka, Kalia, wypadając po prostu nijako. Nie doszukiwałbym się tu winy aktorki, która wydaje się dawać z siebie wszystko. Problemem musiał być brak pomysłów ze strony scenarzystów na poprowadzenie jej wątków. Rodzi to więc pewne wątpliwości, czy aby na pewno komediowy wydźwięk był zamierzonym celem.

Humor z problemami

Idąc dalej, nadużyciem byłoby stwierdzenie, że Grisse to dobrze napisany serial. Nie chcę sobie samemu przeczyć, ale o ile poszczególne postaci okazują się zabawne, to ich kwestie brzmią zwykle naprawdę źle. Można odnieść wrażenie, że scenarzyści próbowali pisać dialogi według szkoły Quentina Tarantino, tylko coś poszło nie tak i bardziej śmiejemy się z kontekstu sytuacji, a same linijki są tak złe, że aż dobre. Braki pisarskie widać, szczególnie kiedy historia próbuje uderzać w bardziej poważne tony. Wtedy nie mając atutu, w formie niespodziewanego komizmu jest po prostu patetycznie i nudno. Wielka szkoda, bo mogliśmy otrzymać iście wybuchową mieszankę.

Grisse
Źródło: HBO

Z dobrą miną do złej gry

Jednak nawet jeśli Grisse ma dialogi na poziomie Korony królów, to i tak może się pochwalić dużo większym budżetem. Zresztą chyba mogliśmy tego oczekiwać, kiedy za produkcję zabrało się HBO. Nic więc dziwnego, że scenografia (choć niezbyt rozbudowana) cechuje się bardzo rzetelnym poziomem wykonania i przywiązania do detali. Podobnie jak kostiumy, które w przeciwieństwie co do niektórych mniejszych produkcji, nie posiadają magicznej osłony przeciw zabrudzeniom, a i charakteryzacje bohaterów wyglądają, jak należy. Oglądając serial mamy więc uczucie, jakbyśmy widzieli niskobudżetowy zapychacz (bo takie skojarzenia budzi fabuła), ale jednak solidnie wykonany. Szczególnie zadowoleni będą fani azjatyckich bijatyk. Przez osiem odcinków dzieje się naprawdę wiele, a twórcy nie oszczędzali na intensywnych i efektownych scenach akcji. Nawet jeśli czasem nie do końca mają sens.

Grisse to dość nietypowe zamknięcie serialowego 2018 roku. Nowy serial HBO Asia pojawił się na rynku praktycznie bez żadnego marketingu, więc i trudno zweryfikować jakieś ambicje twórców. I tak z jednej strony otrzymujemy bijącą schematami historię, wypchaną dialogami niczym z telenowel, ale potrafiącą przyciągnąć do ekranu bardziej lub mniej przemyślanym humorem i bardzo przyzwoitą realizacją. Definicja porządnego guilty pleasure. Można obejrzeć i czerpać przyjemność, ale lepiej się tym nie chwalić przed innymi.

Może ci się spodobać również

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.