Dom z papieru – recenzja 2. sezonu, czyli banknoty łatwo zdmuchnąć

Ośmioro przestępców barykaduje się z zakładnikami w hiszpańskiej mennicy, lecz nie wszystko przebiega według ich oczekiwań. Dowodzący operacją znajduje się poza budynkiem i steruje akcją z zewnątrz. Ma wszystko dopięte na ostatni guzik, nawet swoją koszulę – ale do czasu. Choć przewidział prawie każde możliwe komplikacje, musi stawić czoła… uczuciom (ta dam!). Rabusie w czerwonych kombinezonach i maskach wzorowanych na Salvadorze Dali powrócili na ekrany w serialu Dom z papieru, by ukończyć plan rabunku wszech czasów. Zachwycili ponownie? A może zasapali się po drodze?

 

Alejandro, por favor

W drugim sezonie było za dużo klimatu telenoweli – niezdecydowani, wpadający w nagłe związki bohaterzy, którzy ewoluowali do niepoprawnych romantyków to zdecydowanie nie to, co obiecały mi początki serii. Okazuje się, że tylko Oslo i Berlin trzymali fason. W obliczu niezaplanowanej sytuacji (komplikującego się napadu na mennicę) nie ulegli diametralnej przemianie. Do tego już sam fakt powstania jeszcze trzeciej odsłony Domu z papieru sprawia, że moje oczekiwania względem niej lecą na łeb, na szyję. Pewne seriale powinny po prostu zostać domknięte, bo wyczerpały już swoją oryginalną formułę.

Jedno tylko muszę przyznać z podziwem: z Tokio, intrygującej femme fatale o bystrym spojrzeniu, której kibicowałam, zrobiono najbardziej irytującą bohaterkę ostatnich miesięcy. Z jednej strony szkoda, z drugiej… szacuneczek, drodzy twórcy. Bo ani to zarzut, ani pochwała – najwyraźniej taka powinna była się okazać, bo poprowadzenie jej wariackiej postaci w ten, a nie inny sposób… ma sens. W końcu to nie tylko uwielbienie do protagonistów czy antagonistów trzyma nas przed ekranami.

LA CASA DE PAPEL S02 - Dom z papieru – recenzja 2. sezonu, czyli banknoty łatwo zdmuchnąć
źródło: Netflix

Jeden, dwa czy jak?

Druga odsłona hiszpańskiej produkcji nie zachwyca już tak samo jak poprzednia. Zdaję sobie sprawę, że w oryginalnym szyku emitowanych w hiszpańskiej telewizji było 15 odcinków po 70 minut każdy, lecz po wykupieniu praw do całej serii przez Netflixa przemontowano je na 22 epizody. Z Domem z papieru miałam więc do czynienia w podziale na dwa sezony, w wyniku czego jako widz „netflixowy” nie umiem traktować serii Álexa Piny jako jednej dużej całości. Niemniej im bliżej końca, tym bardziej staje się ona nierówna – niezależnie od tego z jakiej perspektywy na nią spojrzeć.

Wybaczenie?

Twórcy nieco porzucili pedantyczną dbałość o jedną z najsilniejszych stron tej produkcji – wizualną – na rzecz melodramatycznych rozgrywek. Pierwszy sezon wciągnęłam na raz, stając się niedzielnym binge watcherem. Nie byłam w stanie oderwać się od ekranu. Zahipnotyzowała mnie nie tylko opowiadana od szczegółu do ogółu historia, ale przede wszystkim symetryczne kadry, z których wybijała się symboliczna, mocno nasycona czerwień. Spójrzcie tylko na zachwycające materiały promocyjne – klucz do sukcesu tkwi bowiem w prostocie.

Copy of WCA 10416 LCDP DisplayH R02 NK10 - Dom z papieru – recenzja 2. sezonu, czyli banknoty łatwo zdmuchnąć
źródło: Netflix

Nasuwa mi się tylko jedno wytłumaczenie na rozluźnienie twórców w tej kwestii – ma ono służyć narracji, obraz ma sam opowiadać. Zatem interpretacyjnie można potraktować to tak, że w pierwszym sezonie plan naszych rabusiów realizowany jest w miarę pomyślnie (tj. w porównaniu do akcji w drugim), dlatego też kadry czy całe sekwencje są niezwykle dopracowane, surowe, a zarazem solidne. Czy to zbyt naciągane? Nie wiem, ale tylko, gdy pomyślę o tym zaniedbaniu jak o celowym zabiegu – jestem je w stanie wybaczyć.

Partyzanci naszych czasów?

Choć do drugiej części przygód rabusiów mam wiele zastrzeżeń, pozostaję pod wielkim urokiem Domu z papieru. W mojej pamięci na długo utkwi kreacja aktorska Pedro Alonso (Berlin) – fenomenalnie wcielił się w rolę manipulatora nieznającego znaczenia słowa „skrupuły”. Jego obecność na ekranie zawsze zwiastowała silnie emocje. Świetny okazał się także Álvaro Morte (Profesor), który jak to geniusz, nie do końca radził sobie w relacjach z innymi. Dlatego miał na to swoje niecodzienne, dobrze zaplanowane sposoby. Brawa, panowie! Oklaski należą się jednak wszystkim aktorom. Wierzyłam im do ostatniej minuty. No, postaci Raquel najmniej.

Prawda jest też taka, że hiszpański klimat tej opowieści sprawił, że zaczęłam o wiele częściej sięgać po filmy z Półwyspu Iberyjskiego, a zarazem uczyć się nowego języka. I choć nigdy wcześniej nie słyszałam wykonania Bella Ciao, czyli jednej z najpopularniejszych antyfaszystowskich pieśni włoskich partyzantów, to za każdym razem, gdy ten utwór pojawiał się w serii Álexa Piny, czułam ciarki na całym ciele. Dzięki takiemu motywowi przewodniemu cała historia nabrała dla mnie o wiele głębszego znaczenia. Gdy rozbrzmiała pod koniec serii, wycisnęła z moich oczu wiele łez.

Raczej Robin Hoodzi!

Choć tego sezonu nie wciągnęłam na raz, dawkowałam go sobie przez ponad tydzień. Gdyby przecież było aż tak źle, porzuciłabym seans. Sęk w tym, że pierwszy sezon postawił poprzeczkę naprawdę wysoko. Poznawanie kolejnych punktów planu poprzez narracyjne przenoszenie w akcji w przeszłość, w etap szkolenia rabusiów – było czymś zaskakującym i nie lada gratką aż do samego końca. Zaskoczenie widza przygotowaniem bohaterów do wielu z punktów akcji (i ujawnienie tego na ekranie w formie retrospekcji) to zazwyczaj sposób na dwa czy trzy twist ploty w filmie sensacyjnym (daleko szukać nie trzeba, starczy spojrzeć na serię Oceans). Tymczasem twórcy Domu z papieru uczynili z tego sposób na opowiedzenie całej historii napadu. Dzięki temu produkcja Piny miała szansę wciąż zaskakiwać.

Oczywiście w paru miejscach pojawiają się fabularne nieścisłości logiczne, jednak łatwo można przymknąć na nie oko. Niemniej, mimo wszystko, trudno oderwać się od ekranu. Do ostatniej chwili nie da się przewidzieć, która ze stron – czerwoni Robin Hoodzi czy surowi funkcjonariusze – wygra.

FRAMES CAP 5 COLOR000000 - Dom z papieru – recenzja 2. sezonu, czyli banknoty łatwo zdmuchnąć
źródło: Netflix

Jeżeli porwał Was pierwszy sezon – intrygowały potyczki i gierki prowadzone między Profesorem a policyjną twardzielką Raquel, o ciarki przyprawiała nieobliczalność Berlina, a warstwa wizualna hipnotyzowała – to zdecydowanie należy sięgnąć po drugi. Zresztą, co ja piszę, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Nieważne ile z telenoweli pojawi się w tle głównych wydarzeń. Przecież trzeba poznać odpowiedź na pytanie: czy im się uda? W końcu to idea rabunku i prowadzenia narracji na twist plotach jest tym, co stanowi o oryginalności tej produkcji. I przekłada się na niesłabnące zainteresowanie widzów.

Dodaj komentarz

avatar