Źródło: Netlix

Miłość, śmierć i roboty – recenzja – Geekowskie pudełko czekoladek

Niestety plakietka „Netflix Original” częściej oznacza przeciętniaka z taśmowej produkcji, dla wypełnienia biblioteki, niż coś faktycznie godnego uwagi. Czasem jednak gigant streamingowy decyduje się na bardziej szalone pomysły jak właśnie 18-odcinkowa antologia o miłości, śmierci i robotach. Czy ten eksperyment wypalił? Zdecydowanie tak, chociaż wybuch mógł być większy…

good hunting love death and robots ending explained 1 1024x576
Źródło: Netflix

Siła kreatywności

Miłość, śmierć i roboty stoi przede wszystkim pomysłami. Kierujący projektem Tim Miller (znany wielu zapewne jako reżyser obu części Deadpoola) nie trzymał się jednoznacznych ram gatunkowych. Właściwie nie jestem pewien, czy możemy tu mówić o serialu, nawet jako antologii. Tak naprawdę mamy tu do czynienia ze zbiorem krótkometrażowych filmów. W końcu nie znajdziemy tu nawet stałego zespołu twórców. Tim Miller i David Fincher pełnili jedynie role producentów całości, a każdy odcinek (będący na marginesie adaptacją krótkiego opowiadania) powstawał w zewnętrznym studiu. Trzeba oddać Netflixowi, że bawi się w tym momencie medium, jakie posiada. Taki zabieg pozwolił na dostarczenie szeregu bardzo różnorodnych historii.

Otrzymujemy istny kolaż stylistyczno-gatunkowy. Z własnej perspektywy myślę, że szczególnie zadowoleni powinni być gracze, gdyż mnóstwo tu tropów wydaje się wprost zapożyczonych z gier. Takie Mechy opowiadające o grupce rolników broniących wieś przed obcymi wydają się idealnym przeniesieniem na ekran kooperacyjnej strzelanki z nieskończonymi falami wrogów. Podobną konwencję przyjmuje Martwy punkt. Tu z kolei gang cyborgów-motocyklistów próbuje ukraść cenny ładunek. Natomiast jedna z najlepszych historii w serii, Sonnie ma przewagę, przesiąknięta jest klimatem, jaki mogliśmy zobaczyć na gameplayu nadchodzącego Cyberpunk 2077. Za to Tajna wojna, w której armia czerwona mierzy się z demonami, od razu budzi skojarzenia z trybem zombie w Call of Duty. Oczywiście czerpania ze wszelkich gałęzi popkultury jest dużo więcej i oprócz sci-fi nie zabrakło horroru czy steampunku. Każdy powinien znaleźć coś dla siebie.

love death robots 1 1024x576
Źródło: Netflix

Scenariusz diabli wzięli…

Seria ma jednak spory problem ze scenopisarstwem. Atutem większości odcinków jest właśnie ciekawy pomysł wyjściowy, który sam z siebie potrafi stanowić zachętę do obejrzenia. Nie zawsze jednak w parze idzie interesująca historia. W zasadzie   najlepiej wypadają te odcinki, w których mniej jest akcji, a świata i bohaterów. Mam tu na myśli rozbrajające Trzy roboty, przemierzające Ziemię po apokalipsie, czy absurdalne Gdy zapanował Jogurt – przedstawiające kulisy przejęcia świata przez nabiał. Intrygująco wypada także Rybia noc polskiego Platige Image. Najlepiej prezentuje się chyba Epoka lodowcowa. Opowiada ona o niecodziennej lodówce, skrywającej wewnątrz miniaturową cywilizację. Tak, jest to równie pokręcone, jak brzmi. Z drugiej strony mamy bardziej intensywne animacje, korzystające z szumnie reklamowanej etykietki NSFW (not suitable for work). Faktycznie pełno w nich scen wyjątkowo krwawych, epatujących nagością oraz dialogów z użyciem dosadnego języka. Rzadko kiedy elementy te nie są wymuszone, Wyjątkiem jest przytoczona już wcześniej Sonnie ma przewagę. Twórcom tej krótkometrażówki udało się idealnie wyważyć wszystkie elementy. Dzięki czemu otrzymujemy zarówno widowiskowe starcie potworów, jak i przemyślaną fabułę.

love death robots 4 1024x512
Źródło: Netflix

Grunt to wiedzieć, jak wyglądać

Użyte w tytule porównanie do pudełka czekoladek ma w kontekście Miłości, śmierci i robotów dwojakie uzasadnienie. Jako że za każdy z 18 odcinków odpowiadało inne studio, otrzymaliśmy nie tylko koktajl gatunkowy, ale też zachwycający miszmasz stylów artystycznych. Mamy tu zarówno animację dwu, jak i trójwymiarową. Nie jest to oczywiście koniec różnorodności, bo nie zabrakło w ramach tego podziału eksperymentów jak choćby użycie cellshadingu czy stylizacja na anime w odcinku historii rozgrywającej się w steampunkowych Chinach. Ponownie kapitalnie wybija się Epoka lodowcowa. Odcinek ten łączy film live action (z udziałem Mary Elizabeth Winstead i Tophera Grace’a) z animacją służącą do przedstawienia świata wewnątrz lodówki. Daje to unikalny efekt.

Naturalnie i tak mogło być trochę lepiej. Szkoda, że aż sześć krótkometrażówek (czyli 1/3 całości) korzysta z pseudorealistycznej animacji CGI. Jasne, dzięki różnym gatunkom, miejscom akcji i ogólnej stylistyce wyglądają nieco inaczej. Wciąż miałem jednak wrażenie, iż jest to pewna forma recyklingu.

Tytuł (nie)zobowiązuje

Największy problem stanowi jednak  sama tematyka produkcji. Skoro mamy do czynienia z antologią, przez wszystkie odcinki powinny się przewijać jakieś wspólne motywy, stanowiące łącznik  całości. Więc w tym wypadku hasło Miłość, śmierć i roboty mogłoby w jakiś sposób  oddawać to, co widzimy na ekranie. Faktycznie tak się dzieje, tylko nie zawsze. Bardzo często trafimy choćby na odcinek, gdzie wprawdzie obecna jest śmierć i roboty, ale za to brakuje miłości. Jeszcze gorzej sprawa ma się w przypadku historii takich jak Wysysacz dusz, Zmiennokształtni czy Tajna wojna. Tu widzimy właściwie samą śmierć. W dodatku wampiry, wilkołaki i demony zupełnie nie pasują do otoczki sci-fi sugerowanej przez „roboty” w tytule.

love death robots 5 1024x576
Źródło: Netflix

Jeżeli Netflix zdecyduje się na drugi sezon antologii, wolałbym, żeby trzymano się w jakiś sposób tematu przewodniego. Oczywiście w taki sposób, by nie blokować przy okazji kreatywnej pracy autorów. W sumie to moje uwagi można by też przypisać do Rybiej nocy. Tyle że w tym wypadku urzekł mnie przynajmniej koncept i sposób przedstawienia opowieści. Wspomniane wyżej odcinki  prezentowały się po prostu dość przeciętnie. Równie dobrze mogłoby ich nie być, podobnie jak Historii alternatywnych, w których cały humor sprowadza się do uśmiercania kreskówkowego Hitlera na kilka dziwnych sposobów. Wolałbym, że w przyszłości postawiono na jakość, a nie na ilość.

W ostatecznym rozrachunku Miłość, śmierć i roboty okazuje się  udanym eksperymentem. Mimo pewnej niekonsekwencji i kilku wyraźnie gorszych odcinków znalazło się miejsce dla wystarczającej różnorodności, by trafić w serce każdego wyjadacza popkultury i przebrnąć przez całość z uśmiechem na twarzy. Cieszy także, że Netflix, oprócz bezpiecznych projektów, jest w stanie dać zielone światło czemuś bardziej szalonemu i oryginalnemu. Mam nadzieję, że drugi sezon naprawi wszystkie bolączki i wyznaczy serii właściwy kierunek.

Może ci się spodobać również

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.