Castle Rock – recenzja 1. sezonu – Nie „gdzie?”, lecz „dlaczego?”

Od czasu, gdy zobaczyłam Dziecko Rosemary, żaden horror nie przeraził mnie w tak mądry i subtelny sposób. Nigdy już nie czułam się równie rozbita, wylękniona, a zarazem oniemiała z zachwytu, co po obejrzeniu jednego z najdoskonalszych filmów Romana Polańskiego. Ostatnio miałam jednak okazję poznać Castle Rock i muszę przyznać, że produkcja ta wywołała we mnie zbliżone odczucia. W końcu.

Serial na motywach prozy Stephena Kinga jest dziełem wybitnym, choć zeszpeciła go jedna niewybaczalna skaza. Tutaj w zasadzie moja recenzja mogłaby się skończyć, szczególnie że trudno mi dobrać słowa, by opisać wielkość tego wstrząsającego horroru. Czuję się jednak zobowiązana wytłumaczyć powyższe – dość autorytarne – stwierdzenie. Podejmę też próbę wyjaśnienia fenomenu uniwersum jednego z najbardziej poczytnych pisarzy świata.

Adwokat diabła

Z ubiegłorocznych zapowiedzi prasowych mogliśmy dowiedzieć się, że Castle Rock łączy w sobie dwie cechy właściwe książkom Kinga – mitologiczną skalę i skupiony na szczegółach styl snucia historii. Serial stworzony przez Sama Shawa i Dustina Thomasona miał być epicką sagą ciemności i światła, rozgrywającą się na kilku kilometrach kwadratowych lasów Maine. Czy tak się rzeczywiście stało? Według mnie – zdecydowanie tak. Właściwa akcja produkcji rozpoczyna się w momencie, gdy rezydujący w Teksasie prawnik Henry Deaver (świetny André Holland) dostaje anonimowy telefon z zakładu karnego Shawshank. W dawno opuszczonym bloku więzienia, w metalowej klatce, został odnaleziony młody mężczyzna – człowiek bez imienia, bez wspomnień, bez tożsamości. Po uwolnieniu z zamknięcia tajemniczy więzień (w jego rolę wcielił się Bill Skarsgård) wypowiedział nazwisko „Henry Matthew Deaver”, zdając się wzywać (nie)sławnego w okolicach Shawshank obrońcę specjalizującego się w sprawach kar śmierci. Władze więzienia nie wiedzą, co począć z kłopotliwym „znaleziskiem” i umieszczają Dzieciaka (The Kid) w jednej z cel.

castle rok recenzja
Źródło: IMDB; Autor zdjęcia – Patrick Harbron – © 2018 Hulu

Mimo zakazu kontaktowania się z Deaverem jeden ze strażników, Dennis Zalewski, zawiadomił karnistę o zaistniałej sytuacji. Prawnik postanawia rozwikłać zagadkę mężczyzny przetrzymywanego w nieludzkich warunkach, a przy okazji zmierzyć się z reputacją ojcobójcy. Henry od lat jest bowiem posądzany przez społeczność pobliskiego Castle Rock o zamordowanie swojego adopcyjnego rodzica, pastora Deavera. Główny bohater, który jako chłopiec utracił pamięć o tragicznych zdarzeniach, wraca zatem do rodzinnego miasteczka, odwiedza Ruth (cierpiącą na demencję matkę) i próbuje pomóc Dzieciakowi bezprawnie przetrzymywanemu w zakładzie karnym.

castle rock recenzja
Źródło: IMDB; Autor zdjęcia – Patrick Harbron – © 2018 Hulu

Nad Castle Rock zaczynają kłębić się ciemne chmury, wokół dochodzi do coraz większej liczby wypadków, zbrodni i innych nieszczęść. Mieszkańcy miasta doświadczają niewyjaśnionych zjawisk, przebłysków dawno utraconych bądź nigdy niedoświadczonych przeżyć, a bezimienny więzień zdaje się nieść ze sobą śmierć i cierpienie, gdziekolwiek się pojawi.

Koloryt lokalny

Castle Rock jest niewątpliwie miejscem o bardzo bogatej (i niezbyt przyjemnej) historii. To właśnie w nim toczy się akcja niektórych książek Stephena Kinga, np. Cujo czy Sklepiku z marzeniami. Również w innych powieściach i opowiadaniach amerykańskiego pisarza znalazło się mnóstwo nawiązań do fikcyjnego miasteczka. Autor bestsellerowych horrorów uczynił Castle Rock siedliskiem zbrodni, zepsucia i niewysłowionej grozy. Zarówno nad wspomnianym miejscem, jak i jego mieszkańcami ciąży coś w rodzaju fatum, klątwy albo osobliwej siły przyciągania sił zła. Czasem potworami gnębiącymi okoliczną ludność okazują się demoniczni antagoniści, a czasem schludnie wyglądający sąsiedzi. Monstrualność nie ogranicza się zatem do cech fizycznych – wydaje się głęboko zakorzeniona w psychice poszczególnych bohaterów. W uniwersum wielokrotnego zdobywcy Nagród Brama Stokera nie tylko Castle Rock stało się miejscem napawającym lękiem. Za sprawą opowieści pisarza z Maine (choć to nie tylko jego zasługa, warto wspomnieć chociażby wspaniałego H. P. Lovecrafta) cała Nowa Anglia w mojej wyobraźni jawi się jako miejsce pełne niesamowitości. I koszmarów śnionych na jawie.

castle rock recenzja
Źródło: IMDB

Twórcy serialu na motywach prozy Stephena Kinga spisali się doskonale, wykazując się zrozumieniem charakterystycznego stylu i wymowy ideowej dzieł niekoronowanego (jeśli nie z powodu osiągnięć, to przynajmniej z nazwiska) króla literackiego horroru. W Castle Rock aż roi się do nawiązań do twórczości poczytnego autora i potrzeba by było kolejnego tekstu, by je wszystkie opisać i zinterpretować. Scenarzyści, reżyserzy, aktorzy i operatorzy i inne osoby „zamieszane” w prace nad produkcją, skądinąd łączącą w sobie elementy różnych filmowych gatunków, trafiły na żyzną glebę, na której miały szansę uprawiać i pielęgnować najróżniejsze ludzkie lęki.

Niełatwa sztuka przerażania

Wielu współcześnie działających ludzi kina, szczególnie tych związanych z horrorem, może uczyć się od zespołu odpowiedzialnego za Castle Rock. Każdy szczegół pojawiający się kadrze niesie za sobą znaczenie. Widza nie atakuje nachalna i nadużywana obecnie w filmach i grach technika jump scare. Twórcy serialu nie nasycili swojego dzieła elementami wywołującymi strach czy obrzydzenie, lecz generującymi niepokój i napięcie, które nieraz doprowadzały mnie do granic wytrzymałości – nie byłam w stanie oderwać się od ekranu, oczekując na dalszy rozwój wydarzeń i przywrócenie statusu quo. Ze smutkiem przyznaję, że zostałam oszukana.

castle rock recenzja
Źródło: IMDB

Uniwersum wykreowane przez Stephena Kinga bardzo często gości na małym i dużym ekranie. Dzieje się tak przede wszystkim z uwagi na fakt, że okazuje się ono wyjątkowo plastyczne i inspirujące. W ręce twórców Castle Rock trafił więc niemal idealny materiał, w dodatku łatwy do obróbki. W moim odczuciu wyobraźnia Kinga jest kinowa albo przynajmniej mająca w sobie potencjał pozwalający na adaptowanie jej wytworów na potrzeby innego medium niż literatura. Czy Sam Shaw, Dustin Thomason i cały sztab ludzi odpowiadających za efekt końcowy radzi sobie z uchwyceniem aury i specyfiki książek pisarza z Bangor? I tak, i nie. Castle Rock to twór o znacznie bardziej skomplikowanej fabule niż większość powieści Kinga, lecz w ogólnym rozrachunku nie okazuje się to bynajmniej zaletą produkcji. Przez większość odcinków serialu napięcie dozowano powoli, w zniuansowany sposób wzbogacając historię kolejnymi wątkami i podpowiedziami, które w zasadzie generowały jedynie następne pytania. Dwa ostatnie epizody zrujnowały dotychczasowe wysiłki – historię domknięto niedbale, w pośpiechu, a widz nie uzyskał potrzebnych wyjaśnień. Odpowiedzi, które padły (lub nie) w finale mogą okazać się albo naiwne, albo co najmniej niesatysfakcjonujące. Szczególnie że według doniesień krążących w sieci serial przyjął formułę antologii, więc prawdopodobnie zakończenie, które zaserwowali twórcy, będzie jedynym, zamkniętym i ostatecznym. Niestety. A czy przynajmniej dowiemy się, czy zbrodnie i nieszczęścia to wina miejsca, mieszkających w nim ludzi czy też gnieżdżących się tam sił ciemności? Również nie.

Z tego akurat się cieszę.

Starannie, z wyczuciem, z umiarem

Podczas gdy Castle Rock ucierpiał z powodu nadmiaru treści, najważniejszym atutem serialu okazuje się jego forma. Na uznanie zasługuje przede wszystkim umiejętne posługiwanie się środkami filmowego wyrazu, zauważalne chociażby w sposobie skomponowania kadrów. Symetryczne ujęcia, które możemy podziwiać na ekranie, nie wiążą się z harmonią, nie odprężają i nie relaksują. Pokazują natomiast, że z tytułowym miasteczkiem jest coś nie tak. Wszechobecna symetria wzmaga poczucie niepokoju zdając się sugerować, że bohaterowie znajdujący się w centrum kadru funkcjonują na styku dwóch lub wielu rzeczywistości. Taka interpretacja może znaleźć poparcie w fabule – bohaterowie tacy jak Henry Deaver, Molly Strand (cudowna Melanie Lynskey) czy Ruth Deaver (fenomenalna Sissy Spacek) są wybrańcami mimo woli – widzą, słyszą i czują więcej, choć nie potrafią zrozumieć docierających do nich sygnałów. Ich nadnaturalne zdolności postrzegania świata (lub światów) zostały dodatkowo uwydatnione przez dopracowane efekty specjalne i grę świateł – środki skutecznie podsycające psychodeliczny klimat niektórych scen czy sekwencji.

castle rock recenzja
Źródło: Inverse; Autor zdjęcia: Patrick Harbron/Hulu

Bezimienna groza

Wszyscy aktorzy (pierwszo-, drugo-, a nawet trzecioplanowi) grający w Castle Rock spisali się rewelacyjnie, lecz szczególne wyróżnienie należy się utalentowanemu przedstawicielowi młodego pokolenia. Bill Skarsgård do ról upiornych bohaterów (czy wręcz monstrów) pasuje jak mało kto. Warto przypomnieć jego występ w świetnym It (2017) czy mniej udanym Hemlock Grove.  W klimacie napawającego lękiem Castle Rock szwedzki aktor czuje się jak ryba w wodzie. Ale to nie tylko kwestia umiejętności – nie można pominąć zasługi jego fizycznych warunków. Przygarbiony dryblas o prezencji nieco przystojniejszego hrabiego Orloka (Nosferatu – symfonia grozy) i spojrzeniu Damiena z filmu Omen (1976) zdominował każdą scenę, w której wziął udział. Wracając jednak do kwestii gry aktorskiej – wobec popisów Skarsgårda naprawdę trudno mieć zastrzeżenia. Jego interpretacja Dzieciaka przejmuje wstrętem i do głębi przeraża – niezależnie od tego, jak odczytamy zakończenie i informacje otrzymane niedługo przed nastaniem finału. Bohater przez jednych utożsamiany z diabłem, przez innych – z ofiarą nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, przypomina manekina, kogoś „doklejonego” do świata przedstawionego serialu. Sztuczność i przesadna ostrożność ruchów aktora wcielającego się w więźnia/antychrysta/nie wiadomo kogo wydaje się obrzydliwa. Choć Dzieciak przynależy do sił zła lub chaosu (być może mimo woli), wzbudza litość, współczucie, w pewnym momencie nawet cień sympatii. Czy to tylko sztuczki? Iluzja, którą bohater mamił zarówno inne postaci, jak i widzów? Tego rozdzierającego mój umysł sporu nie potrafię rozstrzygnąć. Przyznam za to, że uległam upiornemu kuszeniu w wykonaniu Skarsgårda. Z wypiekami na twarzy będę zatem śledzić rozwój jego aktorskiej kariery.

castle rock recenzja
Źródło: Entertainment Weekly; Autor zdjęcia: Dana Starbard/Hulu

Stephen King ma ostatnio szczęście do filmowych adaptacji i serialowych hołdów złożonych jego twórczości. Obrazy takie jak It, Gra Geralda, Mr. Mercedes czy chociażby Stranger Things popularyzują książki amerykańskiego pisarza i wzmacniają jego i tak silną pozycję zarówno jako twórcy, jak i postaci mającej ogromny wpływ na popkulturę. Jako miłośniczka prozy Kinga liczę na to, że wciąż będą powstawać seriale, które dorównają Castle Rock lub je przewyższą – szczególnie pod względem fabuły.

Tym, co w serialu Sama Shawa i Dustina Thomasona przeraża najbardziej, okazały się odwołania do lęków związanych ze starzeniem się, chorobami psychicznymi, zaburzeniami percepcji, ale także ze zwątpieniem w umiejętność osądu obserwowanych postaw, zachowań czy wydarzeń. Głównym tematem twórcy produkcji uczynili właśnie luki w pamięci, jej niedoskonałości oraz wątpliwości względem podejmowanych przez nas decyzji. Czy po seansie, czyli silnej ekspozycji na powyższe motywy, mogę bez cienia zwątpienia polecić Castle Rock? Przyznam, że teraz trochę się boję. Najlepiej zdecydujcie sami, czy zasługuje na Wasz czas.

Komentarze (2)
  1. Paulina pisze

    Przed chwilą obejrzałam ostatni odcinek i jestem pod ogromnym wrażeniem. Serial jest idealną gratką dla miłośników twórczości Kinga.

  2. Marta Kucharska pisze

    Dawno żaden serial mnie tak nie zachwycił. Chociaż nie jestem specjalną fanką Kinga. 😀

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.