Przeżyjmy to w odcinkach! – 5 filmów, które zasługują na swój serial

Przez ostatnie lata dystans między produkcjami kinowymi i telewizyjnymi (bądź streamingowymi) znacząco się zmniejszył. Dzisiejsze seriale mogą się pochwalić podobnym prestiżem i poziomem realizacji co wiele filmów. Jednocześnie wciąż są to media różniące się od siebie przede wszystkim formą przekazu, co znacznie wpływa na możliwości opowiadania historii. Dlatego też pewnie każdy z Was, oglądając jakiś film, odniósł wrażenie, że chciałby zobaczyć tę historię w formie odcinkowej. Przyjrzyjmy się więc mojemu subiektywnemu wyborowi dzieł, które aż proszą się, żeby „wycisnąć” z nich więcej właśnie w telewizyjnym formacie. Bądź też wykorzystać znaną markę, by stworzyć zupełnie nową historię. Oczywiście zalecany jest zdrowy dystans. W końcu to tylko rozważania z cyklu „co by było, gdyby”, także nie ma co się oburzać o podżeganie do profanacji klasyki.

Planeta Małp

Planet of the Apes
Źródło: Imperial – Cinepix

Bardzo cenię sobie oryginalny film z 1968 roku jako klasykę gatunku, jednak to trylogia z Andym Serkisem w roli głównej zrobiła na mnie ogromne wrażenie, a Ewolucja oraz Wojna o Planetę Małp zajmują bardzo wysokie miejsca w moim prywatnym rankingu blockbusterów wszech czasów. To właśnie na bazie tej współczesnej serii mogłaby powstać produkcja telewizyjna. Owszem finałowa odsłona zamknęła wszystkie ważniejsze wątki, więc wydaje się, że nie ma sensu kontynuować historii. Co innego natomiast, gdyby postanowiono stworzyć spin off rozgrywający się pomiędzy kolejnymi częściami (te przecież dzieli z reguły spory okres). Szczególnie pociągający wydaje się  motyw upadku ludzkiej cywilizacji, przy jednoczesnym rozwoju małp, poruszony w drugiej części trylogii. Rozwijając ten element, mógłby powstać naprawdę wciągający serial postapokaliptyczny (tych jest na rynku bardzo mało), przedstawiający wydarzenia z obu perspektyw. Pewne wątpliwości stwarza tylko strona techniczna. Taki serial musiałby mieć naprawdę spory budżet, aby nasi bohaterowie CGI wyglądali wystarczająco realistycznie.

Ojciec Chrzestny

The Godfather
Źródło: Oldcamera

Wbrew pozorom nie jest to pomysł zupełnie oderwany od rzeczywistości, a za jego realizacją przemawiają konkretne argumenty. Przede wszystkim, kino gangsterskie znajduje się w odwrocie i wysokiej jakości filmy z tego gatunku wychodzą bardzo rzadko. Z pewnością znaczenie ma tu czas trwania. Największe dzieła traktujące o światku przestępczym są często bardzo długie, powoli wprowadzające widza w życie bohaterów, czego świetnym przykładem jest właśnie trylogia od Francisa Forda Coppoli. Jednak zdecydowaną większość filmów zamyka się mniej więcej w dwóch godzinach, by przeciętny widz się nie znudził i nie musiał iść do toalety.

Tymczasem, coraz większą popularnością cieszą się seriale gangsterskie i to nie tylko amerykańskiej produkcji. Legendarna już Rodzina Soprano pokazała nam, że format odcinkowy świetnie się sprawdza w tym gatunku, gdyż daje możliwość na rozwijanie postaci przez dłuższy czas, na co „zwykły film” nie może sobie pozwolić. To także szansa na prowadzenie historii obfitej zarówno w wątki sensacyjne, jak i obyczajowe.

No dobrze, ale co bym tak właściwie chciał zobaczyć w serialowym Ojcu Chrzestnym? Cóż, jednym z najjaśniejszych punktów drugiej części serii były retrospekcje streszczające historię Vito Corleone. Dlaczego by więc nie rozwinąć tego motywu w serię telewizyjną, która bez ograniczeń odpowiedziałaby o drodze, jaką przebył bohater od samotnego imigranta do bossa mafijnego, jakiego poznaliśmy w pierwszym filmie. Może i nie jest to motyw szczególnie oryginalny, ale kryje się w nim jak najbardziej potencjał na stworzenie emocjonującej sagi. Trzeba by do tego projektu jednak ludzi zdolnych uchwycić esencję oryginału. W innym przypadku nietrudno o skok na kasę, na siłę podpinający się pod arcydzieło.

Na marginesie, wiedzieliście, że serialowa wersja Ojca Chrzestnego już istnieje? W 1977 roku NBC wyemitowało miniserial The Godfather: A Novel for Television. Jest to nic innego jak dwie pierwsze części trylogii zmontowane w chronologicznej kolejności i poddane lekkiej cenzurze, ale za to rozszerzone o blisko 75 minut nowych scen. Całość podzielona na cztery odcinki trwające między 1,5, a 2,5 godziny. Także wciąż mogliśmy mówić o obfitym rozmiarze.

Pan Tadeusz

pan tadeusz
Źródło: KsiążkiWP

Przenieśmy się może do  bardziej swojskich klimatów. Może i to nieco naciągnięty przykład, bo chodzi o tytuł kojarzony raczej jako lekturę, z którą każdy obywatel musi się zapoznać na pewnym etapie edukacji. Jednak adaptacja Andrzeja Wajdy również jest dziełem bardzo rozpoznawalnym. W końcu mówimy tu o drugim najpopularniejszym filmie w polskich kinach po 1989 roku! Co niekoniecznie znaczy, że możemy tu mówić o obrazie bardzo dobrym… Nie zamierzam się rozpisywać o wszystkich bolączkach tego obrazu, lecz jednego jestem pewny – dwie i pół godziny to zdecydowanie za mało na przeniesienie poematu Mickiewicza w skali 1:1. Kończy się to chaotycznym (ale ślicznym) potworkiem, z którego widz nie zapamięta nic poza kilkoma charakterystycznymi motywami.

Oczywiście serialowy Pan Tadeusz mógłby sobie pozwolić na dłuższy czas trwania i tym samym na pełniejsze oddanie materiału źródłowego. Można by się jednak pokusić o coś bardziej ekstrawaganckiego niż kolejną adaptację znanej każdemu epopei. Myślę, że świeżym pomysłem byłoby stworzenie prequela opowiadającego o burzliwych losach Jacka Soplicy i tułającego się po świecie księdza Robaka. Z pewnością taki projekt stanowiłby ewenement na polskim rynku. Dotychczas chyba żadna pozycja z kanonu lektur nie doczekała się adaptacji wykraczającej poza to, co opisano. Tymczasem zabieg ten daje dużą swobodę artystyczną. Opowiadając o nieznanych wydarzeniach, nie trzeba aż tak bardzo się dostosować do formy materiału źródłowego, który, co by nie mówić, nie jest specjalnie dostosowany do nowoczesnych mediów. Nikt by się raczej nie obraził o pewne uwspółcześnienia.

Jednakże pozostaje pewien konieczny warunek, jaki serialowy Pan Tadeusz musi spełnić, aby się nim móc zainteresować. Niech TVP trzyma się od niego jak najdalej. Produkcje kostiumowe publicznej telewizji od lat, delikatnie mówiąc, nie stoją na najwyższym poziomie. Tutaj trzeba stacji segmentu HBO czy Canal + albo serwisu streamingowego, który nie byłby zmuszony do tworzenia ckliwej telenoweli do puszczenia po prognozie pogody.

Thor Ragnarok

Thor Ragnarok
Źródło: Spidersweb

Chyba najbardziej prawdopodobna pozycja z całego zestawienia. Jak bowiem wiemy, na powstającej platformie Disney + mają się znaleźć między innymi seriale poszerzające kinowe uniwersum Marvela.  Ragnarok Taiki Waititiego to jeden z moich ulubionych filmów MCU. Chyba nikt się nie spodziewał, że po dwóch bardzo przeciętnych filmach o przygodach boga piorunów, dostaniemy kapitalną, kosmiczną komedię. Kto jednocześnie oglądał ostatnich Avengers, ten wie, w jakim kierunku zmierza uniwersum. Bardzo możliwe więc, że w najbliższym czasie nie ujrzymy kolejnych solowych przygód Thora, a nawet jeśli, to pewnie nie ma co liczyć na powtórkę dyskotekowych laserów.

Sam natomiast chętnie powróciłbym na śmieciową planetę Sakaar. I właśnie miniserial pozwoliłby zrobić to w sposób nienachalny. Naturalnie mógłby opowiedzieć choćby o tym, w jaki sposób znalazł się tam Hulk i został ulubionym gladiatorem miejscowego dyktatora. Jednak film pełen absurdów od tak kreatywnego twórcy jak Waititi aż prosi się o bardziej pomysłowe rozwinięcie. Według mnie ciekawszym rozwiązaniem byłaby antologia przedstawiająca historie mieszkańców Sakaar przed bądź po wydarzeniach z Ragnaroka. Łowy Walkirii i zapijanie smutków, rozgrywki polityczne na dworze Arcymistrza, czy może perypetie rozbrajającego Korga i Mieka – na pewno jest o czym opowiadać!

James Bond

James Bond 007

Jeśli cykl o przygodach szpiega 007 ma przetrwać, musi zostać wkrótce odświeżony. Bond 25 powstaje w bólach i miejmy nadzieję, że doczeka się premiery w kwietniu 2020 roku, kończąc serię z Danielem Craigiem w roli głównej. Nie chodzi nawet o to, że nie jestem szczególnym fanem tej wersji agenta jej królewskiej mości, ale chyba się ze mną zgodzicie, że Craig powinien już ustąpić miejsca kolejnemu odtwórcy. Tradycyjnie możemy liczyć, że wraz z nowymi twarzami, zajdą i głębsze zmiany dotyczące i stylu, w jakim będą prezentowane dalsze historie. Dlaczego by więc nie zaryzykować i nie umieścić Jamesa Bonda w serialu?

Zeszłoroczny Jack Ryan od Amazon Studios udowodnił, że taka metamorfoza jest jak najbardziej możliwa i może przynieść ciekawy skutek. Możliwość zawarcia bardziej złożonej fabuły w całym sezonie na pewno wyszłaby marce na dobre. Wiadomo: pościgi, strzelaniny i wybuchy potrafią cieszyć, ale mogą się przejeść, gdy kolejne filmy serwują niemalże identyczny zestaw, w nowych miejscówkach. W takim wypadku twórcy mieliby szansę na rozszerzenie relacji między poszczególnymi postaciami, lepsze zarysowanie antagonistów, czy wreszcie rozwiązywanie problemów nie tylko jako jednoosobowa armia.

Pozostaje jeszcze kluczowa kwestia do rozstrzygnięcia: kto powinien zagrać nowego agenta jej królewskiej mości? Moje ulubiony typy, które przewijają się w wielu dyskusjach, to Idris Elba bądź Tom Hardy. Obaj panowie pasowaliby mi do bardziej kameralnej odsłony, grając także… spojrzenia, co mają opanowane do perfekcji. Kto oglądał ostatniego Mad Maxa albo Luthra, ten wie, o co chodzi.

A jakie filmy Wy chcielibyście zobaczyć w serialowym formacie?

Może ci się spodobać również
1 komentarz
  1. Dżo FlamingBlog pisze

    Z chęcią obejrzałabym jeszcze Efekt Motyla w formie serialu – każdy odcinek zagłębiony w daną konsekwencję zmiany jakiegoś elementu z przeszłości przez głównego bohatera.

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.