Nowy miniserial Netfliksa „Black Rabbit” od początku wzbudzał duże emocje — wszystko za sprawą gwiazdorskiej obsady oraz klimatycznego trailera. W rolach głównych występują Jude Law i Jason Bateman, a za kamerą stanęli zarówno Bateman, jak i Laura Linney. Produkcja na papierze miała wszelkie predyspozycje, by stać się hitem serwisów streamingowych. Jak jednak serial wypada w praktyce?
Gwiazdy w służbie opowieści
Na szczególną uwagę zasługuje duet Bateman-Law, który niesie całą produkcję. Aktorzy odgrywają rolę braci o trudnej, pełnej napięć relacji. Jake (Law) to ambitny egoista, a Vince (Bateman) to człowiek z przeszłością, zmagający się z hazardem i próbujący naprawić relacje z rodziną. Choć obydwaj popełnili błędy, ich braterska więź stanowi oś fabularną serialu.
Nastrojowy klimat i Nowy Jork półświatka
„Black Rabbit” łączy dramat rodzinny z elementami thrillera gangsterskiego. Akcja osadzona w mrocznym świecie nowojorskiego półświatka do złudzenia przypomina atmosferę znaną z „Ozark”. Mimo solidnego scenariusza i udanych zwrotów akcji, serial nieco rozciąga czas trwania – niektóre odcinki ogląda się z pewnym znużeniem.
Barwne postaci drugoplanowe
Na drugim planie pojawia się szereg ciekawie zarysowanych bohaterów, w tym przykuwająca uwagę Amaka Okafor jako energiczna szefowa kuchni. Również Dagmara Domińczyk w roli żony jednego z braci prezentuje się bardzo dobrze, choć jej postać otrzymała zbyt mało czasu antenowego, by w pełni rozwinąć potencjał.
Zbyt rozwlekłe wątki i skacząca narracja
Choć historia braci jest mocno zakorzeniona w emocjach, serial cierpi z powodu przeskoków czasowych między przeszłością i teraźniejszością. Zabieg ten bywa dezorientujący i zaburza płynność odbioru. Ponadto część scen, szczególnie tych rozgrywających się w restauracji, wydaje się zbędna i nużąca.
Dla fanów aktorstwa i klimatu
Mimo swoich wad, „Black Rabbit” to pozycja obowiązkowa dla fanów aktorstwa na najwyższym poziomie. Choćby dla samych Batemana i Lawa – którzy zarówno grają, jak i produkują serial – warto dać mu szansę. To opowieść, której siła tkwi nie tylko w fabule, ale i w emocjonalnej chemii między głównymi bohaterami.



Muszę przyznać, że „Black Rabbit” od początku intrygował mnie przede wszystkim kreacją relacji braci, którą faktycznie aktorzy świetnie oddali – zwłaszcza Jason Bateman, który potrafi zagrać emocjonalne rozdarcie bez przesady. Zgadzam się jednak, że liczne przeskoki czasowe nie służą tej historii – chwilami miałem wrażenie, że serial gubi własny rytm, przez co trudno było się zaangażować na sto procent. Cieszy mnie za to, że twórcy postawili na mroczny klimat Nowego Jorku, przypominający „Ozark”, bo to dobrze buduje atmosferę zagrożenia i niepewności. „Black Rabbit” to raczej coś dla widzów lubiących nieoczywiste dramaty niż dla fanów prostych thrillerów.