Orange Is the New Black – recenzja 6. sezonu, czyli lizanie ran po nieudanym puczu

Moja przygoda z serialem Orange Is the New Black zaczęła się z dużym opóźnieniem względem znajomych. Kiedy wszyscy rozkoszowali się już bodajże trzecim sezonem, ja dopiero oswajałam się z krzykliwym intro.

Piąta odsłona zebrała bardzo wiele sprzecznych opinii. Jedne recenzje rozpływały się nad geniuszem twórców decydujących o popchnięciu fabuły w interesującym kierunku, a inne wytykały przewidywalność i granie na emocjach. Te wszystkie rozbieżności świadczą tylko o tym, jak trudno dogodzić współczesnej publiczności. Ja osobiście od samego początku czułam się zaintrygowana samym tematem, bowiem moja wiedza z zakresu ujarzmiania rozwścieczonych więźniarek oraz ogólne pojęcie o kobiecych zakładach penitencjarnych były dość błahe i ograniczały się do garści stereotypów. Oczywiście nie można powiedzieć, że Orange Is the New Black od utartych schematów stroni, co to, to nie.

Szybki update i lecimy dalej

Po tak burzliwym finale buntu w zakładzie karnym w Litchfield oraz wiążących się z nim emocjach należało widzom kilka rzeczy wyjaśnić i dać odsapnąć. Dlatego też tempo pierwszych odcinków szóstego sezonu jest co najmniej średnie. Bardzo dobrą decyzją okazało się wybranie dla nas Suzanne jako towarzyszki w tych pierwszych chwilach spędzonych w “maksie”.

yH5BAEAAAAALAAAAAABAAEAAAIBRAA7 - Orange Is the New Black – recenzja 6. sezonu, czyli lizanie ran po nieudanym puczu
Źródło: DECIDER

Właśnie ta postać wielokrotnie spełniała funkcję krzywego zwierciadła, w którym odbijały się liczne śmiesznostki czy absurdy fabularne. Czasem jej współczuliśmy, czasem nas irytowała. Niezmienne pozostały jednak urok i wrażliwość Suzanne. Tym razem zaburzenia psychiczne bohaterki chytrze wykorzystano do skrótowego przedstawienia kontynuacji losów poszczególnych postaci. Nam zagwarantowało to miękkie lądowanie i łatwe wejście w nastrój, a scenarzyści z Netflixa nie musieli łamać sobie głów nad opowiedzeniem każdej historii osobno.

Nowe twarze, nowe problemy

Szósty sezon serialu Orange Is the New Black obfituje w nowości. Rzeczywistość znana z poprzednich odsłon uległa degradacji. Trzeba uporać się ze starymi demonami i przystosować do życia w osobnych blokach części więzienia o zaostrzonym rygorze. Tłem wydarzeń są oczywiście zgliszcza poprzedniej serii, czyli toczące się śledztwa i postępowania karne mające na celu ujawnienie winnych wszystkich tragicznych wydarzeń. Pomimo tych okoliczności na prowadzenie wysunęło się kilka nowych postaci. Sporo namieszały w życiu naszych dobrze znanych osadzonych, chociaż nie były to kreacje tak barwne, jak by się chciało.

yH5BAEAAAAALAAAAAABAAEAAAIBRAA7 - Orange Is the New Black – recenzja 6. sezonu, czyli lizanie ran po nieudanym puczu
Źródło: Bustle

Szczególnie ciekawym aspektem okazało się śledzenie tego, jak “stara” ekipa radzi sobie z podziałem i separacją od koleżanek. Jedne znajdowały swoje miejsce szybko i bez większych komplikacji, inne wikłały się w kłopoty albo problematyczne zależności.

Twórcy zdecydowali się kontynuować pomysł z retrospektywnym przedstawianiem losów bohaterek. Co ciekawe, mimo długiej kolejki interesantek, znalazła się też przestrzeń do przytoczenia faktów dotyczących dobrze nam znanych protagonistek. Konsekwencję widać również w sposobie ukazywania strażników więziennych. Jedni są pobłażliwi i ciapowaci, a inni dbają o dyscyplinę i nieco gorzej traktują swoje podopieczne. Nadal kreacje te stanowią jedynie warstwę narracyjną, która ma za zadanie uwypuklać wątki związane z samymi więźniarkami.  Postarano się o zachowanie równowagi, chociaż miałam nadzieję, na jakiś ciekawy zwrot przy okazji wprowadzenia się osadzonych do innego oddziału. Ciekawym elementem jest cyniczna gra, za pomocą której klawisze uprzyjemniają sobie pracę.

yH5BAEAAAAALAAAAAABAAEAAAIBRAA7 - Orange Is the New Black – recenzja 6. sezonu, czyli lizanie ran po nieudanym puczu
Źródło: Engadget

Kilometrowe dialogi

Bohaterki mają sobie bardzo dużo do powiedzenia i, chociaż to dość oczywiste z punktu widzenia fabuły, to niestety jest jednocześnie najsłabszy punkt tego sezonu. Wiele wyznań, stwierdzeń i kwiecistych przemów powoduje, że momentami poczujemy się zmęczeni. Prawdopodobnie twórcy zdecydowali się na redukcję skrótów myślowych, by zminimalizować ryzyko niedopowiedzeń czy niejasności. Myślę jednak, że przy szóstej serii można liczyć na percepcję widzów.

yH5BAEAAAAALAAAAAABAAEAAAIBRAA7 - Orange Is the New Black – recenzja 6. sezonu, czyli lizanie ran po nieudanym puczu
Źródło: Billboard

Kiedy “maks” okazuje się być “minimum” 

W poprzednich sezonach roztaczano przed nami wizję, ukazującą tę część więzienia jako piekło na Ziemi. Bohaterki drżały na samą myśl trafienia do oddziału wiezięzia o zaostrzonym rygorze, a strażnicy niejednokrotnie ten fakt wykorzystywali. Przez chwilę można było odnieść wrażenie, że twórcy konsekwentnie będą się tej retoryki trzymać, ale nie wiedzieć czemu po kilku pierwszych odcinkach szóstego sezonu zupełnie z niej zrezygnowali. Brutalne bicie i wyzwiska przemieniły się w swobodne spędzanie czasu w strefie ogólnej i na spacerniaku. Nawet izolatka wydaje mi się teraz gorsza niż schludne korytarze i czyste cele, które stały się nowym domem Piper i jej przyjaciółek.

yH5BAEAAAAALAAAAAABAAEAAAIBRAA7 - Orange Is the New Black – recenzja 6. sezonu, czyli lizanie ran po nieudanym puczu
Źródło: Popsugar

Zatwardziałe kryminalistki?

Antynomia między blokami C i D to ogromny potencjał na wyprowadzenie ciekawych zwrotów akcji. Brutalna rywalizacja między zdesperowanymi kobietami i co raz to nowe intrygi? Brzmi ciekawie! Niestety, król jest nagi. Wszystkie bohaterki, które miały trząść więzieniem okazały się niezwykle potulne. Pamiętacie Vee? Skończyła kiepsko, ale przynajmniej udowodniła, że nie należy z nią zadzierać. Gdyby to ona trafiła w sam środek konfliktu, prawdopodobnie takie “twardzielki” jak Carol (Henny Russell) czy Barb (Mackenzie Phillips) miałyby się z pyszna. Swój pazur straciła też Ruda. Na samym początku jawiła się jako niebezpieczna szefowa mafii więziennej i każdego, kto zagroził jej lub jej rodzinie, unieszkodliwiała. W tej części przemyka cicho między scenami i potrafi jedynie głośno grozić.

yH5BAEAAAAALAAAAAABAAEAAAIBRAA7 - Orange Is the New Black – recenzja 6. sezonu, czyli lizanie ran po nieudanym puczu
Źródło: Bustle

Nie mam żadnych skonkretyzowanych predykcji. Chciałabym jedynie żeby, twórcy przywrócili tej produkcji dawny blask i poprowadzili historię w dobrym kierunku, bo… pokazali tak wiele, a my nadal czekamy na więcej! Do tej pory mogliśmy się przekonać, co do zaoferowania mają poszczególne bohaterki, czas z tego potencjału skorzystać!

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.